niedziela, 15 marca 2015

Kotostrofa.

Podjechaliśmy pod jakiś dom podchodzący wyglądem pod ruinę. Wybite okna, graffiti, wysuszona trawa. Cały z żółtej cegły, otoczony zardzewiałym ogrodzeniem, miejscami połączony murem. Skrzywiłam usta w niesmaku i spojrzałam na towarzysza w samochodzie.
- Czemu mnie tu przywiozłeś? - mruknęłam opierając łokieć na plastiku pod oknem i zaczęłam jeździć palcem po zimnej szybie z irytacją, nie wiedziałam gdzie jesteśmy. Tak bardzo nienawidziłam, że znów mi nic nie wiadomo. A wejście do tego czegoś nie wróżyło luksusów ani niczego przyjemnego. Założę się, że znów będzie panować atmosfera tajemnicy. Wyłączył samochód i wyjął kluczyki po czym spojrzał na mnie odpinając się.
- Zaraz zobaczysz. - westchnął i otworzył drzwi. Przedrzeźniłam go pod nosem i zrobiłam to samo, po czym wyszłam. Ze śmiertelną miną i wzrokiem zabójcy (ironia), założyłam ręce na piersi. Chłopak otworzył zardzewiałą bramkę, która była obwiązana metalowym łańcuchem na kłódkę. Powoli ślamazarzyłam się za nim, ciągle rozglądając dookoła. Za ogrodzeniem rozprzestrzeniał się obraz lasu iglastego i zniszczonej asfaltówki prowadzącej donikąd. W sumie parszywa atmosfera wzbudzała we mnie niepokój. Nigdy nie wierzyłam w duchy ani nic, ale w mojej głowie roiły się różne czarne scenariusze. Wpadło mi do głowy, że chce mnie zabić, albo uwięzić, albo nie wiadomo co jeszcze. Doświadczony kryminalista, na pewno by nie czuł wyrzutów po uśmierceniu kogoś, na własne oczy widziałam jak chował ciało. Jeszcze to wszystko się stało jak dowiedzieli się, że jestem siostrą jakiejś szychy przeciwnego gangu czy coś. Czułam jak ściska mnie w gardle. Kiedy otwierał drzwi, zamyślona podskoczyłam gdy coś dotknęło i otarło się o moją nogę. Szybko spojrzałam w dół i moim oczom ukazał się widok średniego, szarego dachowca. Nie zastanawiając się uklęknęłam i zaczęłam głaskać pchlarza. Dziwne, nie był przestraszony, w przeciwieństwie do mnie. Uśmiechnęłam się delikatnie i drapałam go pod szczęką podnosząc wzrok na wchodzącego do środka pomieszczenia blondyna. Wzięłam na ręce zwierzę i podążyłam za Niallem, cały czas pieszcząc nowego, mruczącego przyjaciela. Od razu zlustrowałam pokoje z odrazą. Wcale nie wyglądał lepiej niż na zewnątrz. Może nawet gorzej. Ale on nie zatrzymywał się, zdziwiło mnie, że tak długo się nie odzywamy. Choć może to i lepiej, nie miałam zamiaru słuchać dalszych, głupich odpowiedzi nie dających mi żadnych uświadamiających informacji. Otworzył jakieś drzwi, za którymi znajdowały się schody w dół. Piwnica. Mocno zacisnęłam wargi, bojąc się co może być tam pod ziemią. Nie ukrywając narastającego ciśnienia szybko popatrzyłam w oczy młodzieńca. Uśmiechnął się tak jak zwykle i kiwnął głową.
- Schodź. - powiedział stanowczo, a ja głęboko westchnęłam, chyba za mocno ściskając Mruczka (tak go nazwałam), bo zaczął mi wbijać paznokcie w skórę. Powoli zaczęłam stąpać po drewnianych, o dziwo wcale nie starych schodach. Za mną usłyszałam klik i przed moją osobą pojawił się pokój, coś w rodzaju salonu z kuchnią... Podniosłam brew i szybko odwróciłam głowę w stronę niebieskookiego.
- Czyli jednak nie zamierzasz mnie uśmiercić? - zapytałam zdezorientowana ale w pewien sposób radosna. Wizja dalszej egzystencji jednak napawała mnie nadzieją, że może być dobrze. Chłopak zaśmiał się żywo schodząc za mną.
- A czemu miałbym? Powinienem? - oblizał dolną wargę i rzucił się na siwą kanapę, stojącą na środku pokoju, po czym znów patrzył w moją stronę. Zmarszczył brwi wgapiając się w punkt na moich rękach. Puściłam szaraka na podłogę i zagestykulowałam niezręcznie, wypuszczając powietrze.
- Znalazłam Mruczka przed wejściem. - założyłam dłoń na ramię.
- Mruczka? - podniósł brew z dziwną miną. No trudno się domyślić? Co za patelnia, nie człowiek.
- Nazwałam go tak. - wywróciłam oczami i przysiadłam na oparciu fotela, spoglądając na niego z powrotem. Zaśmiał się pod nosem, kręcąc głową i złapał za pilot.
- Z czego rżysz? - oburzona przeczesałam moje długie włosy.
- Zachowujesz się jakbym miał cię pogryźć. - pokazał zęby i poruszał brwiami. Głośno westchnęłam i usiadłam na tym fotelu, jednak nie miałam zamiaru znaleźć się tuż obok delikwenta. Podkuliłam kolana pod klatkę piersiową i objęłam je ramionami, po czym spojrzałam na ekran telewizora. Leciało "U Karadashianów". Mimo, że nie za bardzo był to program uczący czegokolwiek, szybko się w niego wciągnęłam. Wbiłam wzrok w telewizor i oparłam nos o dłoń na nodze.
*
- Nie możesz mnie tu więzić! - oburzyłam się zakładając ręce na ramiona. Co oni sobie wyobrażają? Nie jestem jakąś ofiarą, która będzie płakać zamknięta w pokoju. Za dużo razy mną pomiatano i jeżeli myślą, że im ulegnę to chyba się ostro pomylili.
- Założysz się? - podniósł brew po raz setny i zaczął zakładać skórzaną kurtkę. Stanęłam przed nim, starając się go zatrzymać.
- Nie, na pewno nie z takimi krętaczami jak wy. I nie zgadzam się na to co wymyśliliście. - zacisnęłam wargi.
- Hmmm... pomyślmy. - pokiwał głową. - Nie. - odepchnął mnie i zaczął wchodzić na górne stopnie. Wybrałam dość nietypowe rozwiązanie. Nabrałam powietrza i pobiegłam za nim, po czym złapałam za jego kurtkę i pociągnęłam w dół. Zanim się obejrzałam, zjechał po nich i wylądował na podłodze. Wydał głośny jęk, łapiąc się za kark. Zatkałam usta dłonią i szybko znalazłam się obok niego. W moich myślach miał się tylko zatrzymać i miałam go przekonać, że mnie nie zamknie. Potoczyło się inaczej... Przyklęknęłam przy nim i pomogłam się podnieść.
- Nic ci się nie stało? - zapytałam spanikowana.
- Nic.. - mruknął. - Może oprócz tego, że SPADŁEM ZE SCHODÓW BO MNIE ZRZUCIŁAŚ. - ostatnie słowa podkreślił głośnym tonem i kiedy zrobił krok, prawie się przewrócił, ale asekurowałam go.
- Oj, już nie przesadzaj. - wywróciłam oczami i westchnęłam. - Chyba złamałeś nogę. - przygryzłam wargę z lekkim poczuciem winy. W sumie było blisko, żebym to ja go uśmierciła, a nie odwrotnie. Posadziłam go na fotelu, w którym niedawno sama zaległam i przyklęknęłam przy jego nodze, a Mruczuś wskoczył mu na kolana. Mały układał się już gdy Niall chciał go zdjąć, więc skutek był taki, że nie odczepił kota od ubrania. Po małej, niemej kłótni z pchlarzem, chłopak odpuścił a zwierze znudzone, samo z niego zlazło. Zaśmiałam się cicho, rozcinając mu powoli nogawkę. Szturchnął nogą i od razu syknął z bólu.
- Co robisz?! - spojrzał na nożyczki.
- Muszę zobaczyć twoją nogę. - mruknęłam.
- To nie lepiej, żebym zdjął po prostu spodnie? - delikatnie uśmiechnął się pod nosem. Popatrzyłam na niego lekko zdenerwowana.
- Nie będziesz się przede mną obnażał! - powiedziałam głośno i dodałam cicho od niechcenia. - Nie tym razem. - założył ręce na podramienniki.
- Czyli kiedyś będzie ten raz? - wyszczerzył się głupio a ja rozcinałam dalej materiał.
- Nie. - powiedziałam stanowczo i przestałam odpowiadać na jego głupie teksty. Kiedy dostatecznie nacięłam, rozerwałam resztę dłońmi i przyjrzałam się nodze.
- Wygląda, jakbyś miał siniaka, nie masz żadnego rozcięcia. - mruknęłam i nacisnęłam lekko dłonią na miejsce opuchlizny. Od razu krzyknął odsuwając moją rękę od jego ciała.
 - Ała! Tak, to boli! - z szeroko otwartymi oczami pokiwał głową. Wyszarpałam się z jego uścisku i wstałam. Po długiej sprzeczce dał mi telefon i musiałam zadzwonić do Jacka, bo nie mogłam na pogotowie. Wspaniałe zasady gangsterów - precz z systemem.
Kilka sygnałów później wytłumaczyłam powierzchownie sytuację i zaraz na miejsce przyjechał prywatny lekarz. Cóż, nie powiem, że to niespodziewane, ale jednak delikatnie zdziwił mnie fakt, że go mają. Sam lekarz był dość młody, wyglądał na porządnego i ułożonego mężczyznę. Ciekawiło mnie, co z nim nie tak, jeśli pomaga komuś takiemu jak oni. Sączyłam herbatę, patrząc się na działania chłopaka. Okazało się, że złamał nogę. Może to dziwnie zabrzmi, ale nawet się ucieszyłam. Jeśli złamał nogę, nie może nigdzie chodzić, co równa się, że mogłabym się nim opiekować i nie pakować się w zbędne kłopoty. Oczywiście wiem, że mam na drugie imię kłopot. Od dziecka, cały czas byłam jednym wielkim problem... Chciałabym to zmienić. Z zamyślenia wyrwał mnie głos rudzielca. Pomogłam w przetransportowaniu Nialla do gabinetu pana (jak się dowiedziałam) Sheerana, gdzie go zagipsował. Doktor był bardzo miły, w przeciwieństwie do moich 'znajomych', więc przykro mi było go opuszczać tylko w towarzystwie połamanego blondyna. Kiedy prowadziłam samochód, spojrzałam na niego.
- To ile musisz nosić to cholerstwo? - spytałam w końcu.
- Trzy tygodnie. - mierzył mnie wymownym wzrokiem, ale szybko spojrzał za szybę jak zahipnotyzowany. Zajrzałam w to samo miejsce i poręciłam głową.
- Nie, nie będę się zatrzymywać. Jedziemy z powrotem.
- No weź, nie myślisz, że mi się coś należy? - Westchnął. Po chwili zamyślenia zakręciłam i podjechałam do kolejki w McDrive. W sumie miał rację, przeze mnie jest tymczasową kaleką. Nerwowo stukałam w kierownicę, wlecząc się za sznurem samochodów. Kiedy nadeszła nasza kolej odbioru, zapłaciłam i stanęliśmy na parkingu jedząc nasze porcje fastfoodów. Siedzieliśmy tak w ciszy, ale w końcu zabrałam głos.
- Przepraszam. - powiedziałam cicho, a on się uśmiechnął. Stuknął mnie pięścią w ramię.
- Nie winię cię. - pierwszy raz tak łagodnie rozmawialiśmy. Delikatnie się zaśmiałam. - Z czego się śmiejesz? - spytał z buzią pełną cheeseburgera.
- Zobacz, spędziłeś ze mną jeden dzień i już jesteś poszkodowany. - powiedziałam rozbawiona, chowając pół chickenburgera do schowka w drzwiach. Również się zaśmiał po czym zmarszczył brwi.
- Masz rację, jesteś niebezpieczna. Nie jesz tego? - wskazał na drzwi.
- Zostawiam dla kota. Jemu też się coś należy. - uśmiechnęłam się, gnąc przy tym w pięści serwetkę.
Wywrócił oczami na moje słowa.
- Pchlarz... - warknął zabawnie
- Nie nazywaj go tak! - pisnęłam i klepnęłam go w ramię. Zacisnął wargi i złapał się za nie. Popatrzyłam na niego  z niedowierzaniem. - No nie mów, że to ja cię tak mocno uderzyłam.
- Nie...
-To co? - podniosłam obie brwi.
- Może kiedyś ci opowiem. - mruknął. Znowu tajemnice.
*
Witajcie! Przepraszam za moją dłuuugą nieobecność, ale mam mało czasu ostatnio. Coraz bliżej testów, więc więcej czasu muszę poświęcać nauce. Przepraszam. Piszcie komentarze i polecajcie ff innym! Chciałabym mieć więcej czytelników, by mieć motywację! Ily, xo.